O doopie maryni!

Mela, Kochana Dziefczyna, przypomniała mi ostatnio, z jaką werwą i zaangażowaniem dyskutowałyśmy tu, na blogu, o doopie maryni i wyższości schaboszczaka nad humusem i zieleniną.

Jakie to były fajne czasy! Człowiekowi walił się sufit na łeb, zaglądał na blogasia i uśmiech nie schodził mu z twarzy! Niby dzieliła nas odległość, a można było się poczuć jakbyśmy siedziały w fajnej knajpie, znały się na wylot, od lat i nie miały żadnych zmartwień, a jedynym dylematem było ile przyjąć dziś kalorii 😀

**********

Pogryzłam się z myślami, wyrzutami sumienia i własną głupotą. Oswoiłam ze stratą i sytuacją, choć czasem jeszcze wraca ta natrętna myśl o naiwności. W każdym razie, uznałam – skoro dobiłam niemal do dna, to czas się odbić. W głowie coraz częściej świta myśl, że po tym wszystkim musi zdarzyć się coś dobrego! Nie będę czekać z założonymi rękami, bo szczęściu czasem trzeba pomóc, ale ta myśl, że czeka na mnie coś nowego i fajnego nakręca mnie do działania i zwiększa ilość endorfin kręcących mi się po ciele 😉

*********

A póki co zaległam w łóżku. NIekończąca się od października infekcja znów zagoniła mnie pod kołdrę i nakazała wykupienie połowy asortymentu w aptece. Mam wrażenie, że zaraz wypluję płuca, ale za to w łóżku i pod kołderką i z myślą, że mogę się nieco polenić. Należało mi się za ten intensywny czas. Jaki mam więc plan na najbliższe dni? Leżeć, pachnieć i kwitnieć! W końcu wiosna idzie! 😉

**********

A wracając do doopy maryni – to kto ma dzisiaj na obiad schaboszczaka???? 😀