Przedświąteczne refleksje

Zawsze bardzo lubiłam ten przedświąteczny okres. Oświetlone domy, piękne miejskie iluminacje, zapach choinki, gorączka prezentów, listy pisane do Mikołaja. Jako dziecko z niecierpliwością wyczekiwałam pierwszej gwiazdy, która oznaczała, że siądziemy przy wspólnym stole, odsuwając na bok wszystko to, co zdarzyło się w minionym roku, co zdarzyło się kilka chwil przed…

Ale święta były też trudnym czasem. Wzmagały konflikty. Niemal tradycją było, że właśnie w Wigilię rodzicom najlepiej wychodziły awantury. Dla małego człowieka żyjącego nadzieją, które niosły ze sobą te święta było to trudne doświadczenie. Siedziałam w kącie i zaciskając małe piąstki czekałam na cud. Pojednania.

Zdarzał się. Czasem na czas dzielenia opłatkiem, czasem na kilka chwil dłużej.

Dzisiaj sama tworzę rodzinę, jej atmosferę, a im bardziej chcę uciec z utartych schematów rodzinnego domu, tym bardziej w nie wpadam.

Świąteczny stół jak mało co, obnaża ludzkie dusze. Obraz wykreowany na fejsbukach i innych takich często nijak ma się do rzeczywistości. Widać to jak na dłoni, kiedy nieporadnie i z zawstydzeniem składamy sobie życzenia, nie wiedząc tak naprawdę, czego życzyć tej drugiej osobie. Widać to, gdy przy stole zapada niezręczna cisza, przerywana stukaniem sztućców o talerze. Widać to, w obojętnych spojrzeniach, braku czułości, znudzeniu.

Jedyne na co czekam w te święta… to cud.

Znów….