Nie ma nas…

….na żadnym rogu ulic w mieście….

Wichura, która przetoczyła się nade mną przez ostatnie dni wypruła mnie kompletnie z sił. Jeszcze do dzisiaj, do 14.30 decyzja była taka, że zostajemy w domu. A potem wszystko potoczyło się w tempie błyskawicy…

Zainteresowanie projektem jest niewielkie. Smutno mi. Tak po ludzku. Włożyłam w niego całe serce i mnóstwo nieprzespanych nocy. Wczoraj, w nocy moja ukochana Babcia trafiła do szpitala z udarem, w czwartek ze szkoły musieliśmy w trybie pilnym zabierać Igę, bo się przewracała. Przez głowę przetoczyło mi się tysiące czarnych scenariuszy.

Na szczęście sytuacje udało się jakoś opanować.

Babcia czuje się lepiej, lekarze zareagowali w porę i powstrzymali udar, Iga już zapomniała, że w ogóle była chora, co do projektu…więcej niż zrobiłam zrobić nie mogę. Niech się dzieje.

W przyspieszeniu zrobiłam przelew, żeby zdążyć przed sesją. Udało się zarezerwować samochód – z pośpiechu z błędem w nazwisku – na szczęście i to udało się naprawić. Jest też nocleg, choć przez tę zwłokę, nie na cały wyjazd, zarezerwowałam bilety do Warszawy, ubezpieczenie kupione – lecimy.

Dzisiaj osiągnęliśmy mistrzostwo w ekspresowym zorganizowaniu sobie wyjazdu.

Tak więc jadę w Alpy. W moje kochane góry. Leczyć poharataną ostatnimi czasy dumę i…duszę.

Góry…taki mój balsam na wszystko… <3