Operacyjna saga…

Intensywny weekend za mną. Jak zwykle minął szybko….za szybko. 3 godziny życia zabrał mi bus wiozący mnie z punktu A do B i znów do A. Nie lubię marnowania czasu po nic.

W piątek Mama przeszła kolejną operację złamanej 5 miesięcy temu nogi. Lekarze postanowili naprawić to, co wcześniej zepsuli. Dużo czasu zajęło im dojście do wniosków, które nawet laikowi nasuwały się znacznie wcześniej. Dni bólu i rozczarowania nikt już nie odda, ale zdaje się, że nie spędza im to snu z oczu.

Z nogi wyjęto wszystkie pręty i płytki, które jak się okazało…wywoływały reakcję alergiczną, która objawiała się wysiękiem z rany, i brakiem skóry na ranie pooperacyjnej.

Jaki będzie efekt? Aż boję się myśleć! Stara śpiewka, że wszystko poszło dobrze i tym razem wybrzmiała. Tylko jak w nią wierzyć, kiedy doświadczasz takich rzeczy?!

Upartość Mamy i małomiasteczkowe myślenie, że lekarzowi trzeba dodatkowo zapłacić za jego pracę, doprowadzają do takich właśnie sytuacji…Poczucie bycia Bogiem, bezkarność, niedbalstwo prowadzi do wielu powikłań, zaszytych w brzuchach chust i nierównych kończyn…A Pacjent nadal boi się odezwać, zawalczyć o swoje i ślepo, bezrefleksyjnie opiera się na autorytecie jednego medykobożka.

Dopóki to się nie zmieni, za każdym razem poddając się operacji, warto będzie spisać testament. Nigdy nie wiesz w jakim stanie się obudzisz…i czy w ogóle…