Na moment wróciło lato…

… i zbiegło się z moim chwilowym urlopem. Siedziałam na balkonie, z książką w ręku, a ze mnie schodziło napięcie ostatnich tygodni. Przez tą przerwę w lecie nogi znów zrobiły się białe, piegi powoli znikają z twarzy, a liście chcąc nie chcąc zaczęły opadać z drzew.

Za to plac zabaw się ożywił! Codziennie gości grupy maluchów z pobliskich przedszkoli. Kolorową kredą malują chodniki, zagłuszają spokój swoją dziecięcą radością.

Wystawiam twarz do słońca chłonąc jego ciepło, a po głowie krążą myśli. Jakże odmienne od tych ostatnich! Układam trasy, weryfikuję braki sprzętowe, rozglądam się za noclegiem, samochodem i kalkuluję na ile będę mogła sobie w tym roku pozwolić… Wyjazd w Alpy zbliża się wielkimi krokami, a mi trudno wysiedzieć w miejscu z podniecenia!

Przygotowuję ciało na większy wysiłek. Czy idzie dobrze? Nie powiedziałabym, ale najważniejsze to przecież poczucie, że  coś robisz!  Efekt  w moim wypadku wydaje się być sprawą drugorzędną. I tak zadziała adrenalina.

*************

Jadę do szpitala. Mama jest tam już trzeci tydzień. Czujne oko lekarzy nie wypatrzyło sporej infekcji w ranie. Sepsa niemal ociera się o zmęczone i obolałe ciało.

Zdenerwowali mnie. I z pewnością się o tym za chwilę dowiedzą…