Koniec długiej historii…

To był jeden z tych tygodni, które mocno dały mi się we znaki.  Decyzja, którą podjęłam była jedną z trudniejszych, ale koniecznych do podjęcia. Nie wystarczyło mrugnięcie oka. Tych mrugnięć w ostatnim czasie było wiele, a i tak nie dawały większej pewności, że idę w dobrą stronę.

10 lat to dużo. Wiele fajnych wspomnień, masa poznanych ludzi, z którymi zżyliśmy się i wspierali w korporacyjnej rzeczywistości. Wiele się tu nauczyłam, ale przede wszystkim odkryłam kim chcę być i co w życiu robić. Nawet jeśli atmosfera w ostatnim czasie była tam ciężka, a zachodzące zmiany budziły mój sprzeciw, nie jest łatwo z dnia na dzień odejść.

Ten wygodny kokon ciepłej posadki, ze stałą umową, dość wysokim stanowiskiem, przyzwoitą kasą i wypasionym pakietem dodatkowych benefitów trzyma czasem mocniej niż przysięga małżeńska 😉 W mojej sytuacji oczywiście rodzi się pytanie: a co będzie jak zdrowie odmówi posłuszeństwa?

Łatwiej decyzję o odejściu pewnie podjąć tym, którzy na koncie w banku zamrozili parę groszy na czarną godzinę, a dodatkowo, co miesiąc wpływa jakaś konkretna kwota zarobiona przez partnera, choć i tak myślę, że nawet w takich okolicznościach decyzja nie byłaby czarno-biała. U mnie żadna z tych opcji nie ma miejsca. Oszczędności na bieżąco pochłania moje leczenie, a stabilność dochodów była po mojej stronie. M. raz może zarobić tysiące, a w następne miesiące kompletne zero.

Mimo to dzisiaj rozstałam się z korpolandią. Zaczynam od nowa.

Na nowo muszę zapracować na swoje nazwisko, pozycję i wynagrodzenie. Od nowa zbudować koleżeńskie stosunki i fajną atmosferę. Od nowa nauczyć się wszystkiego o firmie, jej zasadach, funkcjonowaniu, procedurach.

Zawsze uważałam, że kto stoi za długo w jednym miejscu ten się cofa, a w korpo już więcej nie mogłam osiągnąć – dlatego był potrzebny jakiś krok.

Jeśli więcej narzekasz niż się cieszysz, rano wstajesz ze ściśniętym żołądkiem, a na myśl o poniedziałku mdli Cię – to znak, że coś jest nie tak i powinnaś coś z tym zrobić.

Zmiany na początku zawsze stresują, niektórych wręcz paraliżują, ale zazwyczaj wychodzą na dobre. Wierzę, że będzie tak i w tym przypadku. Czasem trzeba cofnąć się o krok, żeby móc zrobić kolejnych kilka kroków do przodu.

Moja nowa życiowa przygoda zacznie się już niedługo i mimo, że gdzieś tam z tyłu głowy dobija się niepewność, to jednak podekscytowanie ma większą siłę przebicia. Bo marzenia…nie spełniają się same – marzenia się spełnia.