Skrajności…

Na wczorajszym spacerze nasunęła mi się taka myśl…nawet jeśli życie zasypuje Cię problemami, to dla równowagi, natura daje Ci powody, żeby znów pokochać życie! 

Nie rozstaje się ostatnio z aparatem. Uwieczniam, choć nieudolnie, okoliczne widoki. W letnim słońcu zachwycają mnie niemal za każdym razem, kiedy tylko wybiorę się na spacer. Najlepszy lek na chandrę – darmowy, ogólnodostępny i bez negatywnych skutków ubocznych.

Więc…..

…siedząc w domu zadręczam głowę tysiącem pytań, na które wciąż nie mam odpowiedzi, snuje nierealne scenariusze, karmię nerwicę, która wydaje się być zadowolona z takiego obrotu sprawy, a gdy tylko wyjdę na spacer wpadam w błogi stan. Takie skrajności..

Nasycam się latem, bo po długości dnia widać, jak szybko upływa czas i za kilka tygodni rządy obejmie jesień. Oby złota! Nie przepadam za tą szarą i deszczową.

Nie mam już czasu na poranną kawę na balkonie, ale wciąż zostają wieczory. Późnym popołudniem snuję się po okolicach, podziwiam zachody słońca z różnych miejsc na mojej dzielnicy. Uspokajają mnie.

Przypominają o tym, że jest tyle osób, do których można się uśmiechnąć, tyle rzeczy, które można jeszcze zrobić, tyle niesamowitych miejsc, które można jeszcze odkryć, tyle zachwytów, które wciąż można przeżyć, tyle wartości…w samym tym, że się JEST.