Ciemne chmury zawisły….

… nad moją głową. W pracy już wiecie…jest jak jest. Oswajam się z nową sytuacją, rozważam przeróżne możliwe scenariusze. Trudno się zdecydować na którykolwiek z nich, bo w piątek dołączył jeszcze jeden ważny czynnik.

3:2

Ciągle wisi nade mną wizja operacji żył. Odłożyłam ją w czasie, przestałam regularnie odwiedzać doktorka, wyparowała z moich myśli. Ale upał i powrót do pracy spowodował, że noga zaczęła rwać i mocno spuchła. Poszłam więc na kolejną konsultację, do kolejnego chirurga chcąc podpytać o konieczność operacji, ale zanim zdążyłam zapytać, on jednoznacznie oznajmił mi, że mam zespół May Turnera i konieczne jest stentowanie. Tylko jeden z 3 lekarzy odradzał mi ten zabieg, wspominając o wielu powikłaniach. Nie wiem na ile specjalizował się w stentowaniu żył biodrowych, ale miałam wrażenie,że ma tu jednak braki, choćby dlatego, że nie potrafił w żaden sposób odnieść się do przytoczonych przeze mnie badań. Ostatni z doktorków ocenił skalę trudności zabiegu na 9 ( maksymalna górna granica to 10). Nie nastawił mnie przez to zbyt pozytywnie. Jeszcze nie wylizałam ran po skutkach ubocznych ostatniej operacji, więc na myśl o tym, że  właściwie po każdym zabiegu coś się sypie (już taki mój urok) – cierpnie mi skóra. To także powoduje kolejne niewiadome związane z pracą. Znów trzeba czekać na ustalenie terminu zabiegu. Nie wiem czy nie zbiegnie się on z końcem mojego oddelegowania. Nie wiem czy szukać nowej pracy- głupio byłoby zacząć od L4! Nie wiem czy walczyć o powrót do dawnego działu, bo przecież znów okazuję słabość i nie wiem na jak długo ta operacja wytnie mnie ze świata żywych. Mózg mi pęka w szwach! Przeleżałam dzisiaj na kocyku, nad wodą, kilka godzin liżąc obolały po tygodniu kręgosłup i zastanawiając się co dalej. I powiem Wam, że….nic nie wymóżdżyłam. Może nocą spłynie na mnie jakieś światło.
chmury