Ile można się o sobie dowiedzieć….

Ile można się o sobie dowiedzieć? Dużo! Zwłaszcza od tych, którzy nie spędzają z nami czasu na co dzień, mają od dawna wyrobioną o nas opinię, może nawet nie przepadają za nami.

Kolejny raz przekonuje się jak pozory mylą. Onkoludki powinny chodzić w worku pokutnym, z szarą cerą i obgryzionymi paznokciami – inaczej posądza się ich o wymyślenie sobie choroby. Do banku po kredyt może przyjść tylko ktoś w gajerku za kilka tysi, bo Pan w roboczym ubraniu z pewnością jest niewypłacalny, i tak dalej…

Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Nie wiem skąd w nas taka tendencja do stereotypizacji i poleganiu tylko na jednym zmyśle.

Podobno ciągle tylko zanurzam się w chorobie, może nawet czerpię satysfakcję z tego, że choruję! Moja mowa ciała mówi, że jestem taka biedniutka i słabiutka, więc dajcie mi fory! Niektórzy znają też na wylot moje oczekiwania, możliwości i obawy – obawiam się, że lepiej niż ja sama!

Może jednak się mylę…

…co do siebie?

Może wcale się nie znam?

Może…

…a może jednak ktoś, kto nie przeszedł choćby części tego co ja, nie powinien głośno wypowiadać swoich pokręconych mądrości.

Żyję tak jak chcę. Robię to, na co w danej chwili mogę sobie pozwolić. Jak jest źle to płaczę. Jak się wypłaczę to szukam pozytywów i się uśmiecham. Żyję po swojemu. Nie zakładam masek na pokaz i dla poklasku. Jeśli mówię, że mogę coś zrobić , to znaczy, że dokładnie to sprawdziłam, a jeśli mówię, że mam świadomość czekającego mnie wysiłku, to znaczy, że WIEM na co się piszę!

…. i pomyśleć, że chciałam tylko wrócić do pracy…