Wygładzić niewygładzone…

O ile życie byłoby łatwiejsze, gdyby nie miało swoich pagórków i zakrętów. Czy da się wygładzić to, co niewygładzone?

Wściekam się! Na świat…na siebie…na los…na lekarzy…na pecha, który od dłuższego już czasu mnie otoczył. Niejednokrotnie zadaje sobie pytanie: dlaczego? za co? i nie znajduje sensownej odpowiedzi. Dostrzeżenie sensu wymaga czasu, a ten wciąż jeszcze niewystarczająco upłynął.

A skoro tak….

…. to szkoda mi życia na codzienne roztrząsanie osobistych tragedii. Wierzę, że odpowiedź kiedyś przyjdzie, bez konieczności poszukiwania jej na siłę. Na tyle rzeczy, które dzieją się wokół mnie nie mam wpływu, ale mam wpływ na to, jak sobie z nimi poradzę.

Gdyby tak wygładzić niewygładzone, wyprostować wszystkie życiowe ścieżki, zniwelować pagórki, czy życie naprawdę cieszyłoby mnie tak samo jak teraz?

Czy możliwe byłoby dostrzeżenie tych drobnych radości nadających życiu sens? Czy nie zlałyby się z płaską rzeczywistością?

Czy wschód słońca cieszyłby mnie tak samo? A zachód? A wiosenny śpiew ptaków na drzewie sąsiadującym z moim balkonem?

Czy nadal uśmiechałabym się na myśl o spacerze po nowo odkrytym leśnym wąwozie? Albo dniu z córką na placu zabaw?  Czy cieszył by mnie tak samo smak lodów z ulubionej lodziarni? Wieczorny film w Tv z M. przy boku?

Nie sądzę. Płaska rzeczywistość równie mocno spłaszczyłaby te emocje.

Pięknie o życiu napisała ostatnio Roksanna. Jakby wyjęła moje myśli z głowy i ubrała w słowa.  Życie składa się z sumy wstrzymanych oddechów powodowanych zachwytem nad światem.

Nie było by ich, gdyby nie było w życiu trudności. To w ich świetle drobnostki lśnią prawdziwym blaskiem.

**************

Mama póki co nadal w kiepskim stanie. Mocno krwawi, jest osłabiona, ból nadal się utrzymuje. Wczoraj pojawiła się gorączka, dzisiaj podano antybiotyki.

Powoli składamy ten rozsypany domek do kupy.