Moje miejsce na ziemi – Hiszpania.

Kiedy kolega, z którym jechaliśmy na ostatnią wycieczkę podsyłał nam mapki z prognozami pogody i kamerki z okolic myślałam, że odczaruję sobie tą słoneczną i urokliwą Hiszpanię, którą zapamiętałam z ostatniego wyjazdu. Stało się coś zupełnie innego. Znalazłam swoje miejsce na ziemi i zdecydowanie jest nim Hiszpania!

Hiszpania za grosze

Wczoraj dostaliśmy podsumowanie kosztów naszego wyjazdu…za wszystko, łącznie z biletami lotniczymi zapłaciliśmy niecałe 900zł! Do dyspozycji mieliśmy auto, apartament z dwoma sypialniami, na miejscu przejechaliśmy około 700 km i nie żałowaliśmy sobie lokalnych przysmaków.

Swoją drogą hiszpańska kuchnia jest wyśmienita! Odkryciem tego wyjazdu była zupa Fabada Asturiana                         ( zamówiliśmy z myślą o jednej osobie, a dostaliśmy wazę i nie podołaliśmy jej w 5 osób 😀 ), furorę zrobił też cydr z regionu Asturii, choć mi osobiście smakował mniej niż francuski.

Co warto zobaczyć?

Oczywiście góry! 🙂 Ale tym razem odkryłam też uroki oceanu, a właściwie jego potęgę.

Pierwszego dnia wybraliśmy się do Parku Narodowego Picos de Europa. Już wiemy, że o tej porze bez raków nie da się wejść na większość szczytów. Faktem jest, że w tym roku spadło dużo więcej śniegu niż zwykle, niemniej jednak musieliśmy się nieźle nagimnastykować, żeby podejść pod najwyższe granie. Droga dzieliła się na taką, w której zapadasz się z każdym krokiem w śniegu po pas, albo taką, że nie można wyrąbać porządnego schodka, bo śnieg jest zbity, zmarznięty i wygląda jak szklanka ( w drodze powrotnej, uznałam, że zjazd na tyłku w takich miejscach będzie najbezpieczniejszym wyjściem 😉 ). W Picos przeszliśmy też ciekawy i malowniczy szlak wokół polodowcowych jezior Enol i Ercina.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Covadonga. Znajdująca się tu, na wzgórzu bazylika kusiła nas już z dołu i zdecydowanie warto ją zobaczyć.

Drugiego dnia wybraliśmy się do Parque Natural de Ponga . Moi koledzy dzień wcześniej wypatrzyli górę, na której nie było śniegu, a przez to stała się celem naszej wycieczki…tyle, że pomylili góry! Kiedy dotarliśmy do punktu startowego od razu przywitał nas śnieg. Jeszcze większy niż dzień wcześniej! Co więcej- świeży, a więc miękki. Żeby gdziekolwiek dojść uciekaliśmy na grań, którą wiatr omiótł ze śniegu, w innych miejscach każdy krok wiązał się z zapadnięciem po kolana i wyżej. Nie zraziło nas to i doszliśmy na przedwierzchołek naszego celu – Pico Pierzu. Tam zdecydowaliśmy o powrocie, zwłaszcza, że jeden z kolegów został niżej i czekał na nas. Zgadnijcie za to, kto chciał iść na wierzchołek? 😛  Cienkie te moje chłopaki 😉

Po zejściu zostało nam kawałek popołudnia. Jakieś 20 minut spaceru od naszej chatynki była plaża…., ale plaża to nie dla nas 😉 Postanowiliśmy zrobić sobie spacer nad oceanem klifami, a przy okazji zobaczyć te osławione Bufones de Pria – wydrążone przez ocean w skałach podziemne korytarze, którymi dostaje się woda. W czasie sztormu zamieniają się w gejzery! Widok jest oszałamiający, ale najwięcej dostaje zmysł słuchu- dźwięki jakie wydobywają się z tych „dziur skalnych” budzą grozę.  Ponieważ było już dosyć ciemno, mam niewiele zdjęć z tego miejsca. Więcej możecie zobaczyć TU.

Ostatni dzień przemieszczaliśmy się samochodem od punktu widokowego do innego miejsca z widokiem. Kręte serpentyny, wijące się między skałami, w ogromnych wąwozach robiły wrażenie. A mi się zamarzyło zgubić się w takiej wiosce i zostać tam na zawsze….

Hiszpania