Tytułu nie będzie

Lubię chodzić na spacer do lasu. Ten w pobliżu jest naprawdę piękny. Dostęp do niego jest teraz utrudniony i muszę się nielegalnie przemykać przez tory. Na szczęście pracownicy nie szczególnie zwracają uwagę na przemykających przez plac budowy ludzi.

Lubię dźwięki lasu. Trzeszczący pod butami śnieg, szum koron drzew, trzask gałęzi, ptaki. Lubię wydeptane przez nas ścieżki.  Czasem wkładam do uszu ulubioną muzykę i idę przed siebie, ile starczy sił.

Uśmiecham się wtedy do siebie, jak głupi do sera. Bez względu na nastrój, który trzymał mnie jeszcze przed chwilą na ulicy, po przekroczeniu granicy lasu złe myśli pękają jak bańki mydlane, a świat wydaje się być harmoniczną idyllą.

Podobnie mam w górach. Pewnie dlatego tak lubię w nie jeździć. Są dla mnie ucieczką od szarej rzeczywistości.

*******************

Pierwsza wizyta za mną. Nie wniosła niczego więcej oprócz frustracji i rozczarowania. Termin ewentualnej operacji znów odsunął się w czasie. Trzeba zrobić dopplera, oznaczyć D-dimery i fibrynogen. Jak to mówi lekarz – dmuchamy na zimne. Z jednej strony nie wyklucza, że to kręgosłup- choć jego zdaniem to mało specyficzny objaw ( tym się akurat nie sugeruję, jestem mało książkową pacjentką), a z drugiej podejrzewa, że tam głębiej w żyłach jeszcze coś się dzieje. Dopóki tego nie opanujemy operacja nie wchodzi w grę.

Myślami chyba ściągnęłam dzisiaj do siebie Olgę -moją rehabilitantkę. Naciska na powrót na rehabilitację. Tak zrobię. Skoro operacja i tak się przesunęła, a kręgosłup sypie się w zastraszającym tempie, najlepszym rozwiązaniem wydaje się być powrót do intensywnych ćwiczeń.

********************

Skończyłyśmy czytać z Igą „Madikę z Czerwcowego Wzgórza”. Jutro biegniemy po następną książkę? Co polecacie? 🙂