Medyczna zawierucha

Nareszcie dzisiaj słońce wyjrzało zza chmur. Jego brak wpędzał mnie ostatnio w wisielczy nastrój. A dzisiaj po twarzy nieśmiało błąka mi się uśmiech. Nieważne, że podszyty lękiem o to, co przyniosą najbliższe konsultacje i badania.

Tydzień mam szczelnie wypełniony. Od jednego gabinetu do drugiego, od drzwi do drzwi, od igły do głowicy usg. Kumulacja to mój sposób na medyczną zawieruchę.Nie ma czasu na myślenie, użalanie się nad sobą, snucie czarnych scenariuszy. Załatwiam wszystko w jeden tydzień, góra dwa i potem mam spokój na jakiś czas.

Nieuchronnie zbliża się czas podjęcia decyzji – co dalej? Czas pędzi jak szalony, a zasiłek rehabilitacyjny kończy się w maju. Nie zostało mi wiele możliwości – renta lub powrót do pracy. Co prawda, w papierach z ZUSu orzecznik napisał mi, że „istnieje szansa na poprawę zdrowia”, chyba zapobiegawczo, ale myślę, że i tak większych szans na to świadczenie nie mam. Póki co, trudno mi sobie wyobrazić tak intensywne funkcjonowanie na pełnym etacie. Może i wysiedzę dwa, trzy dni, ale potem przez dwa tygodnie nie wstanę z łóżka. No i co to za praca, kiedy przeciwbóle oprócz bólu odbierają też zdolność sprawnego posługiwania się mózgiem.

Ale z drugiej strony bardzo chciałabym wrócić do pracy. Brakuje mi ludzi, wyzwań, normalnej wypłaty. Nie jestem stworzona do siedzenia w domu i piłowania paznokci. Tęsknie za moją niezależnością – także zawodową.

********

Zamiast w Tatry jedziemy w Pireneje. Udało się zorganizować wyjazd do Hiszpanii, który wyjdzie nas taniej niż ten do Zakopanego. Bardzo chciałam polecieć znów w tamte rejony. Kilka lat temu zakochałam się w Hiszpanii i chciałabym ją jeszcze poodkrywać.

Może nabiorę tam dystansu do tej zawieruchy, która teraz się przeze mnie przetacza. Może poukładam w głowie myśli. Może znajdę panaceum na wszelkie zło…

**************

Pochwalicie się swoimi wyjazdami? Jak było? Co robiliście? Co zwiedziliście? Ile razy zaliczyliście fikołka na nartach? 🙂