I cieszę się…i smutno mi…

Błądzę między budynkami A, B i C. Jeszcze raz wyciągam kartkę z wezwaniem. W końcu udaje mi się znaleźć właściwe wejście. Od progu wita mnie miły pan Portier. Staram się odepchnąć natrętną myśl, że jest on jedyną, tak miłą osobą w tym przybytku.

Korytarze szczelnie wypchane ludźmi. Zieleń wylewa się ze ścian, drzwi i sufitów. Z założenia ma uspokajać , ale tu nie spełnia swojej roli. Nikt, jak to zwykle ma miejsce w poczekalniach, nie gapi się w ekran srajfona, raczej w popłochu nadstawia uszy w oczekiwaniu na wezwanie. Jakaś pani koło mnie nerwowo obgryza palce…. Co za miejsce…

Nadchodzi moja kolej. Jestem zła, bo ktoś wepchnął się w kolejkę, a ja za chwilę zaczynam rehabilitację kilka kilometrów stąd. Długi wywiad….głównie dotyczący mojego wykształcenia, miejsca zamieszkania itepe. Sprawy chorobowe zeszły na drugi plan. Okazuje się, że pani Orzecznik pochodzi z tej samej mieścinki, co ja. Wymieniamy grzecznościowe spostrzeżenia wracając z sentymentem do dawnych lat.

Kiedy wreszcie przechodzimy do meritum mojej obecności i poruszamy szereg dolegliwości, które zostały opisane w opasłej teczce mojej dokumentacji medycznej…okazuje się, że pani doktor nie do końca wie, o czym mówię. Przynajmniej otwarcie przyznaje się, że nie jest specjalistą w tej dziedzinie. Tłumaczę najprościej jak potrafię.

Pokazuję bliznę po operacji (żeby na pewno wiedzieli, że ja to ja), kolor i grubość mojej lewej kończyny objętej zakrzepicą, przechylam się lekko w jedną, lekko w drugą stronę…koniec badania. Mam poczekać na korytarzu.

Po 10 minutach dostaję werdykt wraz z komentarzem „taka ładna dziewczynka, ładnie śpiewająca…szkoda. Zdrowia życzę”.  Odwzajemniam życzenia zdrowia, wychodzę.

Cóż….albo wzbudzam politowanie, albo jestem aż tak sympatyczna, że nawet orzecznicy ZUSu nie mogą mi się oprzeć 😉

Kolejne pół roku w domu. Z jednej strony super- przezimuję pod ciepłą kołdrą, jest szansa, że zrobię jakiś milowy krok w procesie zdrowienia, o ile kolejna operacja nie skończy się milionem powikłań. A z drugiej strony….smutno mi. ZUS, który ulecza nieuleczalnie chorych, nic nie zdziałał w mojej sprawie. To chyba musi być poważnie. Liczyłam przynajmniej na rehabilitacyjne wakacje w ramach prewencji, ale i tych mi nie dali. Boją się zadecydować o czymkolwiek, żeby przypadkiem nie pogorszyć sytuacji…Nie jest dobrze. To tylko jeszcze bardziej uzmysłowiło mi moje słabe, na ten moment, położenie na drodze do wyzdrowienia. W orzeczeniu jest : może rokować na poprawę stanu zdrowia…. oby.

******************************

Bladym świtem w środę przyszła migrena. Otumaniona lekami przespałam ponad dobę.

Kiedy przychodzi, mam jakieś surrealistyczne wrażenie, że zaraz umrę. Ból jest tak silny, że tracę kontakt z bazą. Stoję w rozkroku między życiem, a śmiercią i mam ochotę zrobić ten jeden krok, przejść na drugą stronę, żeby tylko przestało tak boleć.

Zawołałam M. żeby przy mnie posiedział. Na wypadek gdybym jednak chciała pójść w kierunku światła. Nie chcę umierać sama…

Próba dotarcia na rehabilitację, w której upatrywałam cudu, wymasowania mojej głowy, zabrania mi tego bólu, spełza na niczym. Jedyne co mi po niej zostało ,to ogromny siniec na biodrze i gula na głowie po spektakularnym rąbnięciu na podłogę po wstaniu.

M. zeskrobał mnie z podłogi i odłożył do łóżka.

Od wtorku nic nie zjadłam.

Może dzisiaj się uda…