Stoję na rozdrożu i nie wiem dokąd dalej iść

Jesień rozgościła się na dobre. W nocy i w ciągu dnia słyszę jak deszcz obija się o parapet okna. Nie chce mi się wychodzić spod ciepłej kołdry. Chcę wierzyć, że kokon, którym się owinęłam uchroni mnie od podejmowania kolejnych decyzji. Stanęłam na rozdrożu i nie wiem dokąd dalej iść. Każde rozwiązanie wydaje się być złe, żadne nic chce wyjść w zaletach na prowadzenie.

Gdzie ja w tym wszystkim?

Moje życie tylko z pozoru wydaje się być różowe. To, czego nie objęły strony blogasia , nie zginie gdzieś w niebycie. Jest. Nieustannie wierci dziurę w brzuchu. I choć utrzymuję stan szklanki do połowy pełnej to jesienna aura skutecznie stara mi się to utrudnić.

Większość decyzji związanych z pracą na etacie była podejmowana przez pryzmat mojej rodziny. Nie jestem samotną wyspą. Odpowiedzialność zawsze była moją mocną stroną…i jednocześnie wielką wadą. Biorąc wszystko na swoje barki zwalniałam innych z tego obowiązku. Nie liczyło się to, czy czuję się już na tyle dobrze, żeby pracować, albo czy dobrze mi w mojej pracy – najważniejsze było zapewnienie środków na codzienne życie. Gdzieś w tym wszystkim zgubiłam siebie i swoje potrzeby.

na rozdrożu

Na rozdrożu…

I teraz stoję na rozdrożu z widmem podjęcia różnych decyzji. Trudnych dla mnie. Zmuszona jestem dokonać wyboru między tym co dobre (tylko) dla mnie – dojście do formy, zmiana pracy – a tym co dobre dla całej mojej rodziny -czyli powrót do pracy i ciągłość finansowa jaką zapewnia mi korpo. Cała sytuacja ma jeszcze drugie dno, które dodatkowo komplikuje tę z pozoru łatwą do podjęcia decyzję. Ale o tym może innym razem…

Za miesiąc kończą mi się świadczenia. Na początku listopada staję na komisję, którą być może tym razem wyręczę i uzdrowię się sama. Koniec roku póki co w szarych barwach. Szukam czegoś , co je nieco rozjaśni.

I tak, wiem, jeśli nie zadbam o siebie, nie będę mogła zadbać o innych…. Ale w tym konkretnym przypadku sprawa nie jest tak czarno-biała jakbym chciała….