Służba zdrowia – czy aby na pewno służba?

O krytyce systemu, któremu podlega służba zdrowia i takich instytucjach jak NFZ czy ZUS pisałam już wielokrotnie. Włos się jeży na głowie, kiedy PILNE skierowanie do kardiologa czy neurochirurga jest realizowane najwcześniej za rok, a planowe operacje na fundusz za 5! Co w tym czasie ma ze sobą zrobić cierpiący człowiek? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Jak Ci się chciało chorować, to teraz radź sobie sam!

Dzisiaj podaruję sobie narzekanie na system, bo wiele ono nie wniesie , a tylko podniesie poziom mojego zdenerwowania do górnej granicy! Dzisiaj będzie o ludziach, konkretnie o tych, którzy wybrali medycynę na swój zawód.

Doświadczenie, którego wolałabym uniknąć

Jako mój drugi zawód w CV mogłabym sobie wpisać szwędacz po lekarzach. Niejedną wizytę przeżyłam, o niejednej usłyszałam od innych pacjentów.

Na szczęście, dzięki korpo, mam prywatną opiekę medyczną. Piszę „na szczęście”, bo dzięki temu mój proces leczenie przebiega sprawniej, a i podejście lekarzy jest zgoła inne niż to, którego często doświadczam na funduszowych wizytach. Przykładów nie muszę szukać daleko – ot choćby moja wizyta w poradni audiologicznej w środę. Do poradni trafiłam w lutym, zostałam tam skierowana ze szpitala w celu wykonania konkretnego badania -VNG. Termin był dość szybki ( teraz już wiem dlaczego ), więc pełna nadziei, że badanie szybko wyjaśni co się dzieje z moim błędnikiem , poszłam na wizytę. Przywitała mnie niezbyt wylewna lekarka, która przez większość mojej wizyty…rozmawiała przez telefon, chyba z przedstawicielem medycznym. Te rozmowy telefoniczne były właściwie stałym elementem każdej wizyty , na której byłam, a było ich 7. Najpierw pani doktor zaleciła, że musimy wyciszyć zawroty głowy zanim wykonamy badanie, gdy już się udało je znacznie złagodzić, stwierdziła, że nie ma sensu go robić, bo znów podrażnimy błędnik! Za każdym razem to ja inicjowałam rozmowę na temat zleconego w szpitalu badania.Teraz wróciłam do niej, bo zawroty głowy znów się pojawiły i znacznie utrudniają mi samodzielne poruszanie się. Po 25 minutach spóźnienia lekarki moja wizyta trwała 3 minuty- oczywiście przerwana rozmową telefoniczną. Nie przeprowadzono ze mną wywiadu, za to wreszcie dostałam skierowanie na badanie, które powinno być wykonane zaraz po epizodzie TIA, który miałam w lutym. Na pytanie czy przepisze mi leki, bo poprzednia dawka skończyła się….odpowiedziała, że nie, bo nie ma przy sobie bloczków…

Równi i równiejsi

To nie jedyne moje doświadczenie, gdzie lekarz potraktował mnie jak powietrze, nie wyjaśniając nawet słowem skąd się biorą dolegliwości, na czym polega badanie i dlaczego właśnie takie należy wykonać. Jestem dociekliwym pacjentem, ale kilka razy trafiłam na taki właśnie mur – każde pytanie było zbywane.

Przyznaję, że coś podobnego zdarzyło mi się też na wizycie prywatnej. Zapłaciłam grube pieniądze, za krótką wizytę, skoncentrowaną głównie na krytyce poprzedniego leczącego mnie lekarza. Pan doktor kazał zrobić TK, ale skierowania nie wypisał, tylko kazał udać się do lekarza rodzinnego. Byłam kilka dni po operacji, nie mogłam ustać na nogach, a zmuszona byłam biegać w poszukiwaniu kogoś, kto z łaską wypisze mi skierowanie- a wszystko dlatego, że wcześniej leczyłam się w innej placówce. Ale to naprawdę pojedynczy epizod.

Od dawna wiadomo, że pacjent prywatny czy abonamentowy jest priorytetowy. Różnicę w „obsłudze”, zainteresowaniu, życzliwości, skrupulatności, badaniach i terminach widać na pierwszy rzut oka. Tylko gdzie w tym wszystkim zwyczajna ludzka empatia i misja, która przyświeca podobno temu zawodowi?

służba zdowia

Służba zdrowia – tak czy nie?

Nie milkną echa o strajkujących lekarzach. Gorąco popieram ich protesty! Mit o świetnie zarabiającym lekarzu krąży i nie chce zostać zapomniany. Tymczasem tylko część z nich może pochwalić się świetnymi wynikami finansowymi – często jednak jest to okupione kilkoma etatami, brakiem czasu lub rezygnacją z pewnych wyznawanych wartości.

Jestem za tym, żeby lekarze zarabiali więcej, bo na końcu ich powołania jest ludzkie życie, a to ogromna odpowiedzialność. Mnóstwo z nich wyjeżdża, bo wie, że poza granicami będą mieli możliwość ciągłego doskonalenia się i życia na pewnym poziomie. Tracimy wielu wspaniałych specjalistów, a pod flagą innych państw dokonują odkryć na światową miarę.

Absolutnie nie chcę generalizować, bo spotkałam wielu wspaniałych lekarzy w państwowej służbie zdrowia. Nie rozumiem jednak jednego… Mój wyuczony zawód jest marnie wynagradzany, jak na warunki pracy, które mu towarzyszą i też dość dużą odpowiedzialność. Czy to usprawiedliwia mnie jednak do dzielenia ludzi na tych „lepszych” i „gorszych”? Czy lekarz powinien dzielić pacjentów na „abonamentowych”, „prywatnych” i „funduszowych” i w zależności od tego dostosowywać poziom swojej obsługi?

Wybierając zawód decydujemy się poniekąd na realizowanie jego misji. Zwłaszcza w zawodzie lekarza.  Ta misja to służba zdrowiu i bezwarunkowe niesienie pomocy potrzebującym. Rozumiem, że system utrudnia nam życie jak może. Ale uśmiech, choćby krótkie wyjaśnienie czy poklepanie po ramieniu może zdziałać cuda i łatwiej nam będzie znieść długie oczekiwanie na kolejną wizytą wiedząc, że to lekarz , któremu mogę zaufać, on zadba o mnie. Brakuje w tym wszystkim takiego ludzkiego odruchu,empatii i odrobiny współczucia. Jeśli lekarz nie potrafi z siebie tego wykrzesać….to może powinien zmienić zawód?