A w Bieszczadach piękna, złota jesień

Ten wyjazd był wyjątkowo intensywny. Jakbym chciała nadrobić stracony już czas i ten, który dopiero przyjdzie. Cudownie było zobaczyć jesień w Bieszczadach!

Góry przywitały nas błękitnym niebem, jaskrawym słońcem i kolorowymi liśćmi. Wszystko było jak na zamówienie! Nawet wiatr na połoninach osłabł, żeby dać nam w spokoju nacieszyć się widokami. A naprawdę było czym!

Biesy nadal mają w sobie magię. Widziałam przecież majestatyczne, skalne ściany Alp, ale Bieszczady z leśnymi zboczami i trawiastymi szczytami wciąż wzbudzają we mnie zachwyt!

62 kilometry w 3 dni

Tyle właśnie udało nam się przejść!

Na szlak ruszyliśmy już w czwartek, zaraz po przyjeździe. Nie dojechaliśmy nawet do pensjonatu, w którym spaliśmy, tylko od razu ruszyliśmy w góry! Tak nam się chciało nacieszyć oczy!

Na dobry początek krótka trasa, 8,5 km z Przełęczy Wyżniańskiej na Połoninę Caryńską. Najpierw zielonym szlakiem w górę, a później czerwonym do Brzegów Górnych, gdzie zostawiliśmy samochód….jak się okazało, z drzwiami otwartymi na oścież! W samochodzie został laptop, mój portfel z dokumentami, lustrzanka, plecaki z ubraniami…nic nie zginęło, a samochód stał na parkingu ok 4 godzin!

W piątek zrobiliśmy nieco dłuższą trasę – 17, 5 km. Pogoda niezmiennie nam dopisywała. Wystartowaliśmy z Wetliny na Smerek. Zazwyczaj chodzimy tam na zachód słońca. W tym roku postanowiliśmy napawać się widokami ze szczytu w świetle dnia. Stamtąd udaliśmy się czarnym szlakiem do schroniska Jaworzec. Piękne, ciche miejsce, z fantastycznym klimatem, nieco odludne. Zdecydowanie chcę tam wrócić na dłużej. Wizualizację tej trasy możecie zobaczyć TU 🙂

Sobotę zapamiętam na lata! Przymierzałam się do tej trasy bardzo długo. Nie wszyscy z naszej 17-sto osobowej ekipy zdecydowali się wybrać. Nie chciałam hamować tych, którzy zdecydowali się ruszyć, zwłaszcza, że trasa miała zająć ok 8 godzin, nie wliczając w to postojów. Ale nie byłabym sobą gdybym nie poszła 😉 Liczę, że moja rehabilitantka naprawi zaraz to, co zepsułam 😉

Pokonaliśmy ok 1500 m przewyższenia, zaliczyliśmy 12 szczytów między innymi Jawornik, Krzemieniec, Wielką i Małą Rawkę, przeszliśmy ponad 36 km po górach! Znajomi, którzy na co dzień biegają w maratonach odczuli ten dystans…..ja też! 😉 Ale nauczyłam się w górach wyłączać ból. Skupiam się na oddechu i celu. I tak krok za krokiem idę na przód. Był ból, było zmęczenie, zwątpienie, ale to wszystko było warte poczucia spełnienia i satysfakcji, które trzyma mnie do dzisiaj!  Wizualizację tej trasy możecie obejrzeć pod TYM linkiem 🙂

Czas na kolejne wyzwania

Cudownie było rozpocząć jesień w Bieszczadach! Spędzić czas z niesamowitymi ludźmi, pokonać własne ograniczenia, nabrać dystansu do wielu codziennych spraw. Najchętniej zostałabym tam na dłużej, ale życie woła do starcia się z kolejnymi przeszkodami na drodze.

Jestem gotowa na następne życiowe zakręty. Odbiłam sobie te kilka miesięcy w łóżku i zrobiłam zapas na kolejny spokojniejszy okres w moim życiu.

Nie przepadam za jesienią. Obijam się wtedy o depresyjne myśli. Ale jesień w Bieszczadach jest cudowna, kolorowa, piękna….taka, że chce się żyć!