Gorączka sobotniej nocy i ….

Oglądaliście „Gorączkę sobotniej nocy”?  Najbardziej urzekł mnie oczywiście soundtrack! Nóżki same podskakują w rytm Stayin’ Alive Bee Geesów czy Disco Inferno  The Trammps!

Zawsze lubiłam tańczyć. W podstawówce nawet chodziłam na taniec towarzyski. Tą miłość zastąpiłam dość szybko miłością do śpiewania, ale nabyte umiejętności wystarczyły żeby nie podpierać ścian na dyskotekach.

W kwestiach tańca ja i M. od zawsze byliśmy jak ogień i woda. Skutecznie gasił wszelkie moje zapędy do parkietowych szaleństw! Ale…. lata w związku małżeńskim robią swoje i utrudzony moim suszeniem mu głowy na każdej okolicznej imprezie ruszył na parkiet 😉 Tancerzami roku raczej nie zostaniemy- gdy on stawia krok w lewo, ja koniecznie chcę postawić w prawo. Wygląda to trochę jak taniec przedszkolaków, na sztywnych nogach i z zachowaną bezpieczną odległością od siebie.  Byłabym jednak niesprawiedliwa gdybym nie nadmieniła, że przez 10 lat wspólnego pożycia, udało nam się opracować jeden uniwersalny krok i obrót, który stosujemy niemal przy każdej piosence.

Gorączka sobotniej nocy…

…pochłonęła nas w ostatni weekend. I tu proszę Państwa zdarzył się cud nad cudami! Po raz pierwszy M. mnie ..stańczył, przetańczył, zatańczył??? Hmm… nie wiem jak to nazwać. W każdym razie gdy on ciągnął na parkiet- ja ciągnęłam do stołu! 😀

Nie sądziłam, że doczekam takich czasów! Obawiam się jednak, że gdy mój kręgosłup dojdzie ze sobą do ładu trend się odwróci i znów, jak na złość, rozminiemy się z naszą parkietową energią!

saturday fever

Tańce, hulanki….a później do roboty!

Zważywszy na zbliżające się wesele, na którym chciałam zabłysnąć swoją niesamowitą formą, pani Olga- moja rehabilitantka – oszczędzała mnie jak mogła. Nie raz jednak wypsnęło jej się między słowami, że w przyszłym tygodniu trzeba to będzie nadrobić z nawiązką.

Jak powiedziała – tak zrobiła. Dzisiaj ledwie wyczłapałam z sali. Dobrze, że do windy było blisko, a M. podjechał pod same drzwi wyjściowe! Jutrzejszy dzień widzę w ciemnych barwach. Nie sądziłam, że posiadam tyle różnych mięśni w swoim ciele!

Od dzisiaj deska do prasowania będzie mi się śniła po nocach, a moja nienawiść do niej wzrośnie o miliony procent. Okazuje się, że wcale nie trzeba płacić miliona monet, żeby się zmęczyć i uruchomić wszelkie posiadane przez nas partie mięśniowe. Wystarczy…drabina,kilka murarskich przyrządów, ściana, tasiemka czy wspomniana wcześniej deska do prasowania – i gwarantuje Ci, że poczujesz płomień w swoim ciele! Ile to się człowiek dowie o świecie dzięki swojej dyskopatii!! 😀

Kompletuje więc powyższą wyprawkę i zaczynam intensywny trening. Plany na przyszły rok są bardzo bogate, a forma sama się nie zrobi!

A teraz pochwalcie się….

….czy ćwiczyliście kiedyś z deską do prasowania? I nie mówię tu tylko o pracy bicepsów podczas prasowania koszul! 😉 A może znacie jakieś inne domowe sprzęty, z którymi mogłabym ćwiczyć i wzmocnić moje mięśnie? Im bardziej szalony pomysł – tym lepiej! Motywacja mi wzrośnie!

Dajecie się ponieść gorączce sobotniej nocy? Czy parkietowe pląsy to Wasze mocne strony?

Z przyjemnością poczytam o Waszych doświadczeniach rozgrzewając moje zbolałe mięśnie elektryczną poduszką! 😉