Zostawiam za sobą milion myśli złych…

…i jadę w Bieszczady.

Serce podskakuje na każdy dźwięk telefonu. Wiem, że za którymś razem, usłyszę po drugiej stronie, zaproszenie na szpitalny odwyk. Odwyk od wolności, wiatru we włosach, górskich krajobrazów, spacerów po jesiennym lesie…

Odkładam te myśli na półkę. Pakuję treki, kijki i aparat, który zamknie dla mnie bieszczadzkie połoniny w kadry. Dorzucę jeszcze szczyptę humoru, który zaoszczędziłam na czarną godzinę.

W górach nie mam czasu dla strachu. Tu umysł oczyszcza się z czarnych myśli. W zamian, wypełniają go kojące krajobrazy. Jest wreszcie czas na refleksję, rozmowę o sprawach, które na co dzień siedzą zamknięte w najodleglejszej części świadomości. Bezcenna chwila z przyjaciółmi, którzy podobnie jak ja, jadą szukać w górach wytchnienia.

Wniosek może być tylko jeden!

Po rehabilitacji, jak zwykle, zaliczyłam spadek formy. Najcięższa do przetrwania jest teraz noc. Budzę się za każdym razem, gdy tylko próbuję zmienić pozycję. Rano poruszam się jak …zombie. Krok za krokiem , przechylając się to w jedną, to w drugą stronę. Po kilku krokach jest lepiej.

Nie omieszkałam wyciągnąć z tego wniosków dla siebie. Dobrych wniosków! Skoro podczas chodzenia czuję się niemal jak młody bóg…to chyba nie ma innego wyjścia, jak tylko ruszyć na podbój bieszczadzkich szczytów! 🙂

Jak myślicie- wdrapię się gdzieś czy nie? 🙂