Tydzień z medycyną..

…a właściwie dwa!

Od dwóch tygodni codziennie ( z wyjątkiem sobót i niedziel)…podkreślam CODZIENNIE mam jakąś wizytę u lekarza lub badanie.
W tej dziedzinie pobiłam nawet hipochondryków!

Każda wizyta rodzi kolejną.
Jeden specjalista wysyła na konsultację do 3 następnych.
I tak ciągnie się to bez końca, a ja ani o milimetr nie zbliżam się do właściwej diagnozy.

Nie chodzi przecież o zdiagnozowanie grypy,
ale o zmniejszenie ryzyka kolejnych udarów, które tym razem mogą okazać się mniej łaskawe dla mnie.

Niestety częściowa diagnostyka obejmuje wizyty na NFZ i właśnie po raz kolejny z bólem zderzam się z systemem, na który co miesiąc płacę duże składki, a kiedy przychodzi co do czego, muszę czekać w niebotycznych kolejkach!!
Największe ryzyko udarów przypada na pierwsze 3 miesiące po TIA, tymczasem zaraz minie drugi,a  my dalej nie znamy przyczyn.

Obracam monetę, żeby nie zwariować i myślę sobie, że skoro nie zdarzyło się do tej pory to mam coraz większe szanse na to, że nie zdarzy się wcale!
Minie jednak jeszcze trochę czasu zanim odetchnę spokojniej.

Patrzę na mojego ojca i widzę, jak ta choroba potrafi zmienić życie. Z silnego, niezależnego faceta w ciągu 5 miesięcy zmienił się w człowieka całkowicie uzależnionego od innych.

Uzależnienie jest niestety ponad moje siły. Odczuwam to boleśnie podczas zwykłych , codziennych spraw. Jak choćby dzisiaj- brak miejsca parkingowego przy laboratorium. Następny parking 200 metrów dalej.
Wysiąść przy bramie laboratorium i iść sama ryzykując upadek czy jechać z M. i przejść dłuższy odcinek ryzykując większy ból i drętwienie nogi?
Dylemat, jakich ostatnio mi nie mało!

Na szczęście wyszło dzisiaj słońce. I prognozy wyglądają obiecująco.
Przetrwam.

*********
I wygraliśmy mecz!! 🙂