Gdy przychodzi noc…

Noce nie mają końca.
Ciągną się jak flaki z olejem.
Przekręcam się z boku na bok, pojękuję możliwie najciszej, żeby nie zbudzić M., siadam na łóżku i czekam….
… na poranek, na koniec, na alternatywę.
W dzień łatwiej oswoić ból.

W sypialni półmrok,
w oknach odbijają się światła ulicznych latarni,
spokojne oddechy mojej rodziny,
cisza piszczy mi w uszach.

Czuję każdą najmniejszą kostkę w ciele,
bolą kolana,
boli nadgarstek,
rwie kręgosłup,
głowa nie boli od święta.

Nie pomaga kawa.
Ta kawa, którą znów muszę odstawić,
bo żołądek protestuje.

Efekt domina,
rzeczy sypią się jak domki z kart,
a ja mogę myśleć tylko o jednym…
żeby wyjechać!
Na chwilę oderwać się od miejsca, które od jakiegoś czasu wygląda jak szpital polowy.
Naładować akumulatory.
Poczuć wiatr na policzkach,
popatrzeć na góry….

…i z góry
nabrać dystansu,
żeby ruszyć dalej.

Myśli powędrowały setki kilometrów dalej niż ciało,
a tylko będąc razem są w stanie przekuć wyobrażenie w rzeczywistość.

Dlatego, ciało – weź się do roboty!
Zdrowiej!