Follow my blog with Bloglovin

Co jakiś czas wracam do naszych zdjęć z podróży.
Lubię wracać do takich wspomnień, dzięki nim czuję, że naprawdę żyję nie tracąc czasu na stawianie sobie, na własne życzenie, barier trudnych do przeskoczenia.

Podróżowanie zawsze mnie kręciło. Zostanie Mamą nigdy tego nie zmieniło. Powiedziałabym, że nawet jeszcze bardziej rozpaliło ten podróżniczy ogień.

Jako dziecko nie zobaczyłam za wiele. Pęd do zwiedzania nowych miejsc nadrabiałam odkąd poszłam na studia. Sporo już zwiedziłam, ale jak myślę o tym ile jeszcze przede mną…mam ciarki! 🙂

Mojemu dziecku chcę pokazać jak najwięcej!
Lubimy z M. wcielać się w rolę przewodników -oprowadzaczy, lubimy opowiadać o miejscach, w których aktualnie jesteśmy, lubimy razem podróżować.

Iga swoją pierwszą krótką podróż odbyła w wieku…10 dni 🙂 Pojechaliśmy prawie 100 km dalej na pokaz lotniczy. Latające z ogromnym natężeniem dźwięku odrzutowce – nie przeszkadzały jej w spaniu:)
Z kolei na pierwszą wędrówkę po górach ruszyliśmy gdy Iga miała niecały rok.

Muszę przyznać, że wędrówki z takim małym dzieckiem są o wiele łatwiejsze niż z takim kilkuletnim, które już samo potrafi chodzić i jest dosyć ciężkie, żeby na dłużej nieść je na rękach.
Teraz długość i tempo naszych wycieczek musimy dostosować do małych, aczkolwiek bardzo sprawnych, nóżek Córci, wcześniej po prostu braliśmy ją w  nosidło, a ona na przemian podziwiała widoki, albo spała.

Mam w swoim otoczeniu ludzi, których rodzicielstwo zamknęło w czterech ścianach, a czasem odcięło nawet od innych osób. Nie ruszają się dalej niż spacer wkoło bloku,w  którym mieszkają – wszystko tłumacząc tym, że przecież mają dziecko.
Staram się to zrozumieć, choć przychodzi mi to z ogromnym trudem, bo to właśnie najlepszy czas na pokazanie dziecku świata z dobrej strony…zanim dopadną go złowieszcze media wciskające nam w głowę wszelkie zło naszego globu.
Ale to już wybór nas – dorosłych.
Ja wybrałam inaczej i pierwsze żniwo zebrałam już jakiś czas temu.

Dzisiaj chciałam Wam pokazać, że z dzieckiem można pojechać też w wysokie góry. Wystarczy znaleźć odpowiednią trasę, dopasowaną do naszej kondycji – a takich na świecie nie brakuje!

Swój pierwszy trzytysięcznik Iga zdobyła mając nieco ponad 2 latka. Część drogi przebyła w nosidełku, a część na nóżkach . Przy czym – oprócz drobnego wspinaczkowego fragmentu- całą drogę w dół przeszła sama 🙂
Oczywiście dopasowaliśmy trudność drogi do jej i naszych możliwości! Z perspektywy czasu oceniam, że taką trasę spokojnie może przejść nawet osoba ze słabszą kondycją.
Widoki tego dnia były cudne! Spektakl chmur, światła i cieni!


Gdzie w takim razie jest ten szlak dla każdego?


Włochy- Prowincja Brescia. A my zdobyliśmy szczyt Monte Gavia (3223 m)

Dla ścisłości dodam, że babska część wyprawy zatrzymała się na przedwierzchołku, na wysokości 3083 m, a chłopcy poszli dalej na szczyt.

Dlaczego zostałyśmy?
Bo końcówka trasy wiąże się ze wspinaczką w kominie.
Nie mieliśmy wtedy odpowiedniego sprzętu dla Igi, więc zostałyśmy niżej, ale widoki zrekompensowały nam to ukłucie, że nie jesteśmy na samym szczycie, choć tak niewiele drogi nam zostało.

Jak się dostać na górę?


Nic prostszego! Możemy podjechać samochodem , po pięknej, pełnej serpentyn drodze do przełęczy Passo di Gavia na wysokość  2621m, a dalej pójść, całkiem przyjemnym szlakiem do góry 🙂

Jeśli nie jesteście przekonani, czy widoki są warte ceny zmęczenia i lekkiej adrenaliny polecam spacer…: po Alpach KLIK!

Na deser jeszcze kilka fotek z naszej wycieczki 🙂

 

dziecko w podróży

 

gdzie pojechać na wakacje

 

 

gdzie na wakacje z dzieckiem

 

gdzie pojechać na wakacje

 

wakacje w górach