Aktualizuję listę dobrych rzeczy, które wynikają z mojego domowego aresztu.
Ku mojej uciesze jest dość długa!

Do nieśpiesznych śniadań w łóżku,
wspólnie pitej kawy z widokiem na najpiękniejsze miejsca na ziemi, uchwycone okiem kamery,
porannych i wieczornych rozmów  o wróżkach Zębuszkach, konikach Pony i przyszłych podróżach,
twardych negocjacjach : kto i ile zje hamburgerów,
doszło jeszcze kilka innych elementów.

Kilka kilogramów mniej.
Jeden z cudownych efektów słabej sytuacji.
Przestałam się bać luster 😉
Z dumą prezentuje, spacerując po domu, moje cztery nogi Mężowi 🙂

I wreszcie czas na dźwięki,
dźwięki, co raz układające się w melodie.
A do tego słowa,
które płyną ze mnie strumieniami.
Prawie tak jakbym nie odzywała się przez 100 lat
i nagle chciała powiedzieć wszystko.

Prezent od M. to wisienka na torcie do naszego domowego studia.
Jeszcze tylko powrót do formy…
ale przy tych wszystkich dobrych rzeczach wydaje się być tylko formalnością,
kwestią czasu, liczonego moją miarą…