…. żeby wywołać uśmiech na twarzy…i grymas.

Źle znoszę zamknięcie w domu.
Straciłam może możliwość samodzielnego poruszania się , ale nadprogramowej energii już nie.
I dobrze!
Tracąc swój apetyt na życie straciłabym poniekąd siebie.

Idąc tym tropem suszyłam głowę M. żeby zabrał mnie gdzieś z domu, choćby na chwilę.

Spacer, na nowym, wypasionym wózku, napędzanym siłą mięśni M. odpadł ze względu na panujące warunki pogodowe, zalegający śnieg i wszechogarniające nas wysokie krawężniki.

Wyjazd w góry- mimo szeroko zakrojonych przeze mnie planów i optymistycznych wizji spalił na panewce, gdy uświadomiłam sobie, że nie nadaję się  teraz do pląsania w SPA z widokiem na Tatry, ani do przejścia fragmentu trasy, który jest między dowózką konnym zaprzęgiem a Morskim Okiem.

Bałtyk odpadł, mimo starannie poczynionych zapisów na wizytę kontrolną, odkąd lekarze, dla mojego bezpieczeństwa, wolą mnie konsultować korzystając z nowoczesnych technik diagnostycznych: telefonu i maila.

Cóż…został tylko nasz Zalew….Zemborzycki Zalew!

Suszyłam głowę M. tak długo, aż w końcu zapakował mnie do auta i wywiózł w rzeczone miejsce.
Widok- piękny! Jakbym co najmniej patrzyła z Everestu!
Tafla zamarznięta, pokryta  lodem, wydeptanym przez Śmiałków szukających adrenaliny i bałwan na środku, któremu odpadła głowa.

Widok zapierający dech w piersiach!

Wierzcie mi, na tym etapie oglądanie czegokolwiek, co tylko mieści się poza ścianami mieszkania, sprawia ogromną radość i jest cudem natury.

*******************
A dzisiaj, dumnie przechadzając się po kuchni w poszukiwaniu orzechów zaprezentowałam cudownie sine nogi…dwie…
Witamy nowy, dotąd nie odkryty zakrzep!

Eh, te poranne odkrycia!