Wróciliśmy wczoraj do domu.
Znów ozdabiam swoją osobą naszą sypialnię, wydając prośby, nakazy i zakazy prosto z łóżka.

Odżyłam nieco.
Psychicznie byłam już wrakiem, a te kilka dni poza domem dały mi dużo pozytywnej energii.
W pewnym momencie miałam wrażenie, że ściany pokoju zaciskają się na mnie.
Brakowało mi oddechu, dystansu, przestrzeni, spokoju…

Zmiana otoczenia, choćby na chwilę zawsze działa na mnie kojąco.
Nie były to góry, choć i do tego pomysłu próbowałam przekonać domowników- nie wzięli mnie jednak na poważnie ;)- ale rodzinne ciepło, długie rozmowy przy stole, troska jaką codziennie namacalnie odczuwałam- zadziałały na mnie jak balsam.

Teraz jestem spokojniejsza.
Choć ból nadal mi towarzyszy, trasa, którą mogę pokonać z chodzikiem nadal nie przekracza kilku metrów, a na brzuchu brakuje już miejsca na kolejny zastrzyk jestem gotowa do działania.

Wysłałam wyniki moich badań z sugestią przeniesienia, jeśli to możliwe, wizyty kontrolnej w Gryficach ze względu na stan nogi. Jutro M. w moim imieniu zdobędzie ( mam nadzieję) skierowanie na badania i pielęgniarkę, która zechce pobrać mi krew w domu. Za kilka dni skontroluję stan moich żył.


Nie zostało mi nic innego jak przeć do przodu…z kartami, które dał los…z ciężarem, który uniosę… bo wierzę, że gdyby był za ciężki nie przytrafił by się mnie.

Zdecydowałam, że czas pokazać się ludziom. Na lepsze czasy przyjdzie jeszcze poczekać, a Obecność Przyjaciół potrzebna mi jest teraz. Więc- jeśli oni nie boją się takiego widoku- i ja jestem w stanie zaakceptować, że nie będę Mistrzem Ceremonii, a w tej roli wyręczy mnie M.

Już za kilka dni Bal Sylwestrowy. Zdradzicie jakie macie plany?