Żółta tabletka, połknięta o świcie w asyście pielęgniarki, pozwala mi odpłynąć.

Ze spokojem, obojętnością wchodzę na łóżko, które zaparkowało w mojej sali.
Ktoś okrywa mnie kocem, Ktoś inny głaszcze po głowie.
Jedziemy długim, białym korytarzem.
Mam wrażenie, że ta podróż nie ma końca.
Aż docieramy do celu.
Zimna sala ozdobiona szeregiem stojaków i monitorów,
ostre światło lampy znad stołu razi mnie w oczy,
w tle brzęk układanych narzędzi chirurgicznych.
Znów Ktoś szuka żyły do kolejnego wkłucia,
Ktoś inny układa mnie na stole.
I dziura….
A potem ból,
taki na granicy mojej wytrzymałości!
I dreszcze! Jest potwornie zimno!
Ciało drży, rozrywając dopiero zszyte cięcie.
I znów dziura….
***************
Przeszłam na drugą stronę.
Z walki o poprawienie jakości życia – do walki o wyzdrowienie.
Czy się udało?
Ocenimy to za kilka miesięcy.
Z determinacją szukam choćby iskierki,
bo ostatnie dni to jeden wielki mrok.
Wierzę, że się pojawi.
…bo pojawi się?
***************
Bardzo doskwiera mi brak samodzielności,
choćby w najbardziej podstawowych rzeczach.
Człowiek leży na łóżku w oczekiwaniu, że Ktoś
przetrze mu twarz, poda kubek, nakarmi, zaprowadzi do toalety.
Bez chodzika i M. nie funkcjonuję…
Ból tym razem pokonał mnie.
Oby wystarczyło sił nam wszystkim.