Jestem jak dziecko…

…gdy jestem chora.
To u mnie niemal permanentny stan! 😉
Ale…
nie każda choroba budzi we mnie bezbronność,
większość z nich wyzwala lwa.

Najzwyklejsze, najbardziej pospolite przeziębienia, migreny i tego typu niedogodności
domagają się …czyjejś Obecności.
Nie, nie chodzi  o podanie kubka z gorącą herbatą, czy ciepłej zupy.
Nie chodzi o wynoszenie i przynoszenie zapasu chusteczek.
Nie chodzi o nadskakiwanie.

Chodzi o Obecność.
Nie ważne czy w jednym pokoju, ważne, żeby w tym samym domu.
Nie musi być głośna, nie musi prowadzić do dialogów- lubię ciszę w takich sytuacjach.
Nie musi wiązać się z ciągłym głaskaniem i przytulaniem – wystarczy lekkie muśnięcie od czasu do czasu.
Nie musi wiązać się z ciągłą uwagą i koncentracją na mnie.
Wystarczy mi poczucie, że w każdej chwili mogę zawołać Cię – po uśmiech, mrugnięcie okiem, pomachanie łapką.

Za dużo?
Wydaje mi się, że nie.

Więc czemu czuję się jak rozkapryszone dziecko?