…i jadę w Bieszczady.

Tym razem bez entuzjastycznych spazmów.
Dużo spraw spadło mi na głowę jednocześnie.
Nie wszystkie ogarniam.
Mój permanentny entuzjazm gdzieś się ulotnił.

Mam nadzieję, że tylko chwilowo,
bo nie poznaję sama siebie…

Ale…
Góry zawsze były dla mnie lekiem na całe zło.
Dawały mi ukojenie,
zmieniały perspektywę,
pozwalały znaleźć rozwiązania różnych sytuacji.

Wierzę, że i tym razem tak będzie!
Wysiądę z samochodu,
włożę treki na nogi, dla towarzystwa wezmę kijki i…
świat się zmieni,
a czarna dziura, w której się chwilowo znalazłam,
nabierze jaśniejszych barw.

Przez myśl przeszedł mi nawet pomysł zamknięcia się z samą sobą w domu.
Tylko, co by to dało?
Niewiele, może nawet nic.
Więc kopię się w zadek powtarzając jak mantrę,
że kapitan schodzi ze statku ostatni,
a do tego momentu jeszcze daleka droga.
Jest o co zawalczyć, jest po co wracać na miejsce, jest po co przejmować ster!
Więc walczę…

Poślijcie trochę mocy, żeby kręgosłup zniósł to, co mam w zamiarze mu zaserwować! 🙂