Tyle dobrych myśli płynęło do mnie,
tyle osób trzymało kciuki,
i tak mocno zaklinaliśmy rzeczywistość,
że nie mogłabym Was rozczarować!

Odebrałam dzisiaj wyniki badań.
Jadąc po nie do szpitala utknęłam gdzieś w czasoprzestrzeni.
Ta godzina od momentu telefonu ze szpitala do chwili kiedy zapukałam do drzwi sekretariatu
przyniosła mi tyle adrenaliny
że do tej pory jeszcze do końca nie ochłonęłam!

Przypuszczenia i ostrożność onkolożki potwierdziły się,
intuicja też mnie nie zawiodła.
Dzięki temu moja przyszłość rysuje się w jasnych barwach.

Tajemnicza jeszcze do południa nazwa LCIS w pierwszym odruchu wywołała gęsią skórkę na całym ciele, na szczęście Doktor Gugle mówi, że tragedii nie ma. 😉

Z krótkiego spotkania z panią doktor wiem,
że margines był wystarczający, więc nie ma konieczności ponownego krojenia mnie
i że zdążyłyśmy tym razem wyprzedzić skorupiaka.

W czwartek jestem umówiona na wizytę.
Będę wiedziała co dalej.

Najważniejsze za mną:
diagnoza i wycięcie tego w cholerę!

Hollywoodzki scenariusz nie przewidywał roli dla powyższego obywatela,
wymaga więc modyfikacji.
Na szczęście to wciąż ja jestem reżyserem!

Świętujmy!!!
Zawsze mogło być lepiej – ale mogło też być dużo gorzej!
Jest się czym cieszyć – nawet w takiej sytuacji!