Każdy, kto mnie choć trochę zna, wie, że nie potrafię długo wytrzymać w jednym  miejscu.
I nie chodzi tylko o ograniczenia ze strony mojego kręgosłupa 😉

Rozkładam mapę i wiem, że większość z tych miejsc jest w zasięgu kilku- kilkunastogodzinnej podróży.
Świat wydaje się być przez to taki mały, a odległości nie większe niż linia zakreślona w atlasie.

Nie raz już pisałam, że podróżowanie to dla mnie rodzaj medycyny alternatywnej. Bardzo skutecznej!
Nie muszę sadzić cieciorki w nodze, poddawać się bioenergoterapeutycznym siłom pana Józka – zwyczajnie wsiadam w samochód/pociąg/samolot, czasem z braku innych możliwości włączam google maps i jadę…

Nie trzeba mi wiele. Wystarczy, że odświeżę obraz wokół mnie, zaczerpnę innego powietrza, wsłucham się w tubylczy język, a moje ciało i umysł zaczyna inaczej funkcjonować.
Robię rzeczy, o które nie podejrzewałabym się tu, na miejscu.
Są nawet takie chwile, w których nie pamiętam o ograniczeniach ciała, a choroba wydaje mi się czymś abstrakcyjnym, czymś, co z pewnością nie dotyczy mnie!

Każdy powinien mieć takie chwile zapomnienia.
O wszystkim.
Każdy powinien mieć taki azyl,
który zabierze go w inny wymiar,
w inną rzeczywistość.

Żeby mieć siłę na zmagania się z codziennością,
trzeba mieć też to COŚ, dzięki czemu doładujemy akumulatory,
gdzie zadziała nasza wewnętrzna, nadprzyrodzona siła,
i gdzie adrenalina płynie szerokim strumieniem,
wspierając moc, którą przecież każdy z nas ma.

Trzeba tylko znaleźć jej źródło.