Nie wiem.

Rzadko się nad tym zastanawiam.

Żyję tu i teraz.

Staram się, żeby to życie było dla mnie wielowymiarowe, dobre, soczyste.
Nie chcę tkwić w przeszłości, albo zamartwiać się konsekwencjami podjętych przeze mnie decyzji w przyszłości.
Skoro podjęłam jakąś decyzję, to wierzę, że jest ona przemyślana pod każdym względem. Liczę się z różnymi zmianami – niedogodnościami i radościami- które pojawią się w moim życiu.

Nie zastanawiam się co by było, gdybym nie zachorowała, choć to kusząca wizja.
Nie kalkuluję czy warto mieć drugie dziecko czy nie. Nie myślę o tym w kategoriach straty – mojej wolności, spokoju, niezależności.

Czerpię z dotychczasowego doświadczenia.
Wiem ile zabrała mi choroba, ale pamiętam też o tym, ile mi dała.
Wiem, że macierzyństwo nie zawsze oblepione jest lukrem, ale zdaję sobie sprawę, że daje przewlekłą radość na całe życie, a nie tylko w wybranych momentach.

Może właśnie dlatego łatwiej podejmuje decyzje, które mają ogromny wpływ na całe życie.
I może właśnie dlatego tak trudno zrozumieć mi tych, którzy podjęli decyzję, a teraz usychają każdego dnia snując czarne scenariusze na przyszłość i żałując przeszłości.

Nie lubię marnowania czasu, przelewania go bez sensu między palcami – bo nie jest nieskończony.
Ci, których jeszcze mocno nie doświadczyło życie, nie mają takiej świadomości, marnując dar, za który inni oddali by wiele.

Zawsze może być jakieś gdyby.
Tylko po co mam gdybać, skoro mój życiowy bagaż wygląda tak, a nie inaczej?

Dostałam pewną talię kart, może nieco słabszą niż inni, ale to nie znaczy, że nie mogę  z nimi wygrać pięknego życia.
To jest możliwe, pod warunkiem, że skupię się jak poprowadzić rozgrywkę z tym co mam zamiast koncentrować się nad tym co wolałabym mieć.