Za każdym razem jak czytam Córci tę książeczkę przed oczami mam obraz samej siebie.

Jakbym faktycznie pozjadała wszystkie rozumy!
Macie tak czasem?
Skąd przekonanie, że muszę zrobić wszystko sama?
I skąd przymus, że powinnam?
To chyba bagaż z dzieciństwa.
Ciąży mi do tej pory,
bo moja samodzielność to jednocześnie moja  największa zaleta i wada.
Kiedy byłam zdrowym singlem ta samowystarczalność była dla mnie darem. Poczucie, że jestem niezależna od nikogo jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że to jedyna i słuszna droga w życiu.
Sporo się zmieniło, kiedy pojawiła się choroba, potem M, i Córcia.
Chcąc ochronić ich przed skutkami choroby, widokiem szpitali, medycznych procedur, smętnych myśli dusiłam wszystko w sobie udając chojraka.
Nic więc dziwnego, że kiedy przyszedł czas, w którym poniekąd stałam się zależna od najbliższych czułam ogromny niesmak i wyrzuty sumienia, że obarczam ich swoją osobą,
Jeszcze gorzej zniosłam fakt dobijającej się do mojej głowy myśli, żeby pozwolić sobie na słabość, na bycie bezbronną kobietką, pozwalającą się sobą zaopiekować.
Nauczyłam ludzi wokół, że nie potrzebuje pomocy, że się nie boję i świetnie sobie ze wszystkim poradzę. Więc kiedy przyszedł moment, że zrzuciłam zbroję nikt nie wziął tego na poważnie.
Ty? Naprawdę? Przecież zawsze dajesz radę, dasz i tym razem!
Rezultat tych wszystkich murów, które wokół siebie budowałam jest marny!
Codziennie uczę się delegować zadania, pozwalam się sobą zaopiekować co jakiś czas i walczę z natrętnymi myślami – jak choćby dziś, kiedy znów muszę wyjechać- że mój M. świetnie poradzi sobie z chorą Córcią podczas mojej nieobecności…
Ufam, że tak właśnie będzie mimo, że serce rozrywa się na tysiąc kawałków…