Kolejny rok za mną.
Aż prosi się o podsumowanie.
Nie stresuje mnie to tak jak kiedyś.
Nie mam do siebie pretensji, że coś z mojej listy postanowień nie zostało zrealizowane.
Daję sobie prawo do słabości.

To był piękny rok.
Trudy związane z chorobą rekompensuje mi bukiet pięknych doświadczeń, które paradoksalnie przyniosło właśnie chorowanie. Wyostrzyło moje zmysły, zwolniło pęd życia do prędkości, w której mogę dostrzec detale codzienności.

Jestem wdzięczna za
wiatr, który targał mi włosy w Hiszpanii,
każdą z miliona gwiazd, które podziwiałam w Bacówce nad Wierchomlą,
widok na Tatry z Orlej Perci,
poetycki wieczór dla Mamy,
grę wymyśloną przez nas na urodziny Taty,
niekończące się rozmowy w Osmolicach,
zapach lasu, dźwięk szeleszczących liści,
gorące promienie słońca,
burze podziwiane w balkonowym fotelu,
i muzyczne uniesienia.

Ale przede wszystkim jestem wdzięczna za LUDZI,
tych, których znam bardzo dobrze i tych, którzy niespodziewanie i bezinteresownie pojawili się w moim życiu,
za otaczające mnie ramiona i czułe spojrzenia M. ,
poranne gdybanie w łóżku z Córcią
za każde spotkanie,
dobrą myśl wysłaną w moim kierunku,
drobny gest,
muśnięcie ręki,
spojrzenie i uśmiech,
milczące czuwanie
i przegadane sprawy wielkiego i małego kalibru…

Warto nawet dla tej jednej chwili, w której ktoś uśmiechnie się do Ciebie przechodząc obok na ulicy zwolnić życie,
żeby nie umknęła,
żeby ją dostrzec,
nacieszyć się.

Każda z tych drobnostek daje mi wiele radości.
Ich suma powoduje, że eksploduję ze szczęścia! 🙂

Chcę pamiętać, że to był piękny rok…