Jak to się zaczęło?

Od bólów głowy.

Odkąd pamiętam zawsze bolała mnie głowa, mocno, tak, że nie dawało się funkcjonować.
Lekarze z miasteczka, w którym mieszkałam nie znali innej diagnozy niż migrena. Postawili rozpoznanie bez choćby podstawowych badań neurologicznych.
Instynktownie czułam, że coś jest nie tak, leczenie było nieskuteczne, a z każdym dniem ból, trudności w koncentracji pogłębiały się. 
Nie wiem jak długo leczono by mnie na migrenę. Aż ciarki przechodzą , gdy myślę, że lekarze mogliby nie zdążyć odkryć prawdziwej przyczyny.
Poszerzoną diagnostykę wykonano dopiero wtedy gdy karetka przywiozła mnie do szpitala, po którymś z takich bólowych „incydentów”.
Skąpodrzewiakogwiaździak ( Oligoastrocytoma) był już wtedy królem mojej głowy.
Na szczęście trafiłam na świetnych lekarzy. Wszystko potoczyło się szybko. Starałam się skoncentrować na wykopaniu tego dziadostwa z mojej głowy zamiast rozpaczaniu. Wystarczy, że robili to wszyscy wokół mnie…
Jasne, nie było to proste! Miałam też bardzo słabe momenty! Ale chwilę wcześniej poznałam M. Ta rodząca się wtedy miłość dała mi tyle siły, nadała sens moim działaniom, określiła jasny cel, na którym starałam się koncentrować.
Udało się! Przez jakiś czas mogłam wreszcie odpocząć od lekarzy, szpitali, medycznych procedur, restrykcji.
Nieco ponad dwa lata temu zaczęły się bóle w kościach. Któregoś dnia podniosłam się z krzesła i dalej już nie mogłam iść. Wypadły mi dyski. Choć do tej pory znacznie utrudniają mi życie to jestem im wdzięczna.
 Lekarze zafiksowani na leczeniu dyskopatii nie widzieli potrzeby zrobienia dodatkowych badań, mimo, że wszyscy zgodnym chórem powtarzali, że obraz RTG i MR jednego odcinka nie jest współmierny do objawów, które obserwują.
Ale wywalczyłam swoje i dzisiaj wiem, że oprócz dyskopatii muszę leczyć zmiany, które pojawiły się w kościach.
Nie chcę nikogo obwiniać za opieszałość czy brak kompetencji. Lekarze mają pod opieką setki pacjentów. To tylko ludzie. Czasem się wypalają, mają związane ręce, wpadają w rutynę.
Ja mam pod opieką tylko siebie! Tylko sobie mogę poświęcić całą uwagę! I duża odpowiedzialność za moje życie i zdrowie spada na mnie.
Dlatego badam się regularnie. Wolę przegiąć z ilością wizyt u lekarza, zrobić o jedno badanie za dużo niż bić się z myślami czy mój organizm przygarnie i wyhoduje jeszcze jakieś dziadostwo.
Dobrze przygotowuję się do każdej wizyty. Pytam o nowe trendy w leczeniu. Nie odpuszczam, nie daję się spławić. Szukam różnych możliwości. Jestem sobie adwokatem, rzecznikiem, prokuratorem, detektywem, poszukiwaczem w jednym.
Ale najważniejsze jest to, że przynosi to skutek!
Nie uważam, że dla mnie jest za późno. Trudno, stało się i teraz muszę zrobić wszystko, żeby się z tego wyplątać. Ciągle dużo zależy ode mnie!
Dlatego tak ważna jest profilaktyka. I nie chodzi tylko o raka. Jest wiele chorób, którym można zapobiec jeśli na wczesnym etapie wykryje się ich symptomy.Wystarczy poświęcić kilka godzin w roku na zrobienie badań. Cóż to jest w odniesieniu do całego życia?!
Myślenie- mnie to nie dotyczy, mnie to nie spotka- może być bardzo zgubne.  Nie chodzi jednak o to, żeby przez cały czas żyć w stresie, wpadać w panikę gdy dostaniemy kataru lub pojawi się nieznana nam dotąd wysypka. Chodzi o odpowiedzialność, świadomość…i znalezienie czasu na konsultacje ze specjalistą.
Ten strach, którym niektórzy tłumaczą niechęć do badań jest wielokrotnie większy, gdy z chwili na chwilę musisz zmierzyć się z chorobą. Można go uniknąć…
Lepiej zapobiegać, zanim trzeba będzie leczyć.

leczenie raka