Chwytam ostatnie promienie letniego słońca ciepło muskające moją skórę.
I dni, z każdą dobą coraz krótsze.
I resztki lata, które co roku daje mi poczucie swobody i beztroski.

Chwytam też chwile z moją Córcią, która dzisiaj została „zerówczakiem”.
Nawet nie wiem kiedy minęło te 5 lat…
Tak szybko…może za szybko.
To ostatnie chwile na przytulaki, buziaki i zabawę.
Już niedługo przestaniemy jej z M. wystarczać. I dobrze! Puścimy ją w świat, ale to nie znaczy, że nie będziemy tęsknić za taką formą bliskości…

Chwytam też widok na piękną starówkę…
Nareszcie dostałam w hotelu pokój z oknem na deptak.
I tą ciszę wokół…

Nie wiem gdzie tak pędzi czas. I czemu mam wrażenie, że zwalnia w tych gorszych momentach, a kiedy dzieje się dobrze nabiera prędkości? Jakby go ktoś gonił, jakby się czegoś bał…

I ja się czasem boję zatrzymać. Żyję od chwili do chwili. Od dobrego czasu do…dobrego.

A tymczasem wyniki scyntygrafii bez szału i… bez tragedii ( jak na moje laickie oko ).
Spotkanie z Mądrymi Głowami w poniedziałek, więc  nie zamartwiam się dopóki czarno na białym nie wyłożą mi, że jest czym.

W poniedziałek powinnam dostać kolejną dawkę leku z nowej serii, ale NFZ milczy jak zaklęty, może odjęło mu mowę na widok moich wyników 😉

No a ja czekam, łapczywie chwytając te dobre chwile, jakby za moment miało ich zabraknąć.