Wzruszenia…

„Co jeszcze potrafi wzruszać? Bo już nie śmierć – ona spowszedniała. Potrafi wzruszać widok samotnej mewy, zrywającej się bez wysiłku z ulicznej latarni. (…) Potrafi wzruszać odkrycie, że wciąż jeszcze istnieje piękno na tym świecie.”

Wczoraj mieliśmy magiczny wieczór, pełny wzruszeń i śmiechu. Ciągle jeszcze zadziwia mnie jak niewielkie rzeczy, drobne gesty dają ogromne efekty w relacjach międzyludzkich. 

W mojej rodzinie nigdy tak nie było. Nikt nie skupiał się na dostrzeganiu drobiazgów, a sentymentalne odniesienia traktowało się jako słabość i głupoty nie warte uwagi. Wypruwało to nas z emocji, uczuć, a wzruszyć faktycznie mogła jedynie śmierć i to po spełnieniu kilku warunków.
Wiele na tym straciliśmy, bo zamiast budować i wzmacniać relacje ciągle ją rozluźnialiśmy… skutki odczuwamy do dzisiaj.

I tak wygląda jedna strona mojego świata. 

Druga jest jej zupełnym przeciwieństwem! Tam każdy szczegół zostaje zauważony, każda drobnostka wywołuje drżenie w sercu, a mały gest potrafi wywołać łzy! I nie jest to smutny płacz! Wręcz przeciwnie!  

Tak rzadko teraz można zobaczyć szczere łzy wzruszenia na czyjejś twarzy. Fakt, w świecie telewizji co druga „gwiazda” wzrusza się na potrzeby lepszego show, łatwo jednak odróżnić ten pusty gest od prawdziwych emocji. 

Pozakładaliśmy na siebie grube skorupy. W swoim zabieganiu, życiowym pędzie nie mamy czasu na takie chwile, na okazanie uczuć, na śmiech i łzy. Działamy jak małe robociki zaprogramowane na udział w korpowyścigach i lans przed znajomymi.

Na szczęście zdarza mi się obserwować ludzi i uczestniczyć w takich sytuacjach kiedy wzruszanie się i wzruszanie kogoś jest czymś zupełnie naturalnym. Widzę jak to łączy, buduje więzi, daje poczucie bliskości, a nawet beztroski. Uczę się tego od nich! Uczę się nie wstydzić własnych emocji, akceptować je i siebie w roli mazgai. Przecież to żadna słabość, żadna ujma na honorze.
Teraz myślę, że to raczej wielka siła, bo trudno jest być Człowiekiem w tym odhumanizowanym świecie…

wzruszać się