W mojej głowie wojna….

Każdego miesiąca jest taki dzień, który bez większych cackań i skrupułów przypomina mi, że walka z Rakelą trwa i czas skoczyć po działkę leków do COZL.

Tylko raz w miesiącu zastanawiam się ile Rakela jeszcze zniesie i kiedy postanowi się wynieść na dobre. W pozostałe dni staram się ograniczać związane z nią myśli i emocje.

No i ten dzień będzie jutro!

Szare korytarze pełne ludzi czekających na „życiodajne drinki”, bezszelestnie przebiegające pielęgniarki, salowe spieszące się z dezynfekowaniem przestrzeni szpitalnych i lekarze, zbyt zajęci, zbyt obojętni lub zbyt bezradni , by podnieść wzrok, zatrzymać się i zamienić choćby słowo.
Smutna choroba i smutna rzeczywistość wokół.

Choć moje CO ostatnio dodało nieco koloru korytarzom, zwiększyło przestrzeń dla pacjentów, czasem słychać w tle relaksującą muzykę, to i tak obok siedzą Ludzie poszukujący wsparcia w bliskich, w innych pacjentach, chcący mówić, wymieniać doświadczenia.

Łapią te duchy w białych kitlach biegające po korytarzach, szukając w ich oczach nadziei, determinacji do walki o Ich życie, odrobiny empatii.
Czasem dostają to czego chcą i widać jak z Ich twarzy schodzi napięcie. Jak niewiele trzeba żeby podnieść człowieka na duchu!

Gdyby tak wszyscy lekarze chodzili z głowami podniesionymi do góry….

leczenie raka